Wrocław Kozanów


Sypialnia z widokiem




Źródło: Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl - 2001 (c) Agora SA, data: 28-10-2001, autor: redPor

Życie codzienne Kozanowa

Cztery lata temu obrazy pogrążonego w wodzie Kozanowa obiegły całą Polskę: amfibie płynące Kozanowską, pontony cumujące przy tarasach, kajakarze na pętli autobusowej. Gdy woda ustąpiła, z zatopionych piwnic i mieszkań wydobyto na chodniki spuchnięte szafki, rozkładające się fotele, oniemiałe telewizory. Pozbawione wody i światła osiedle tonęło w śmieciach.

A jednak Kozanów na Odrę się nie obraził. Dziś z kimkolwiek zacznę rozmowę, po chwili słyszę o rzece, parku, łące, świeżym powietrzu, jakby to była podmiejska dzielnica willowa, a nie prawie 20-tysięczne osiedle z wielkiej płyty. - W niedzielę nad Odrę ciągnie tłum większy niż do kościoła, a wszyscy pod moim oknem przechodzą - zapewnia Celina Sosnowska.

Czas wielkiej wody

Dziewięć lat temu pani Celina wprowadziła się z mężem do jednego z parterowych mieszkań przy Celtyckiej, które specjalnie przystosowano dla inwalidów. Położone pod samym wałem przeciwpowodziowym "inwalidówki" zostały zalane, nim Odra wtargnęła na osiedle. Zatopiła je woda wybijająca z ulicznej kanalizacji. - Już w sobotę sąsiedzi z pierwszego piętra wzięli nas do siebie. W jednej spódnicy wyszłam. A w niedzielę w nocy mieszkanie zalało nam po sam żyrandol. Przez siedem miesięcy się tułaliśmy. Najpierw klasztor na Wojszycach, potem hotel pracowniczy przy Kwiskiej - wspomina. - Wróciliśmy, bo niby gdzie mielibyśmy się wyprowadzić - narzeka. - A pewnie, że się boimy. Nie trzeba, żeby Odra wystąpiła. Wystarczy większa chmura i z kanałów nas zatopi. Kto to widział, żeby domy w takim dole stawiać - przyłącza się szwagier pani Celiny.

- No a jakby ktoś z Kolistej, tam jest wyżej, chciał się z wami zamienić? - pytam. - O nie - protestuje żywo Jan Sosnowski, mąż pani Celiny. - Tu jest zieleń, powietrze, dobrzy sąsiedzi. Młodzież czasem pod oknami pohałasuje, ale na tym koniec. Nikt nam krzywdy nigdy nie zrobił - mówi. Wszyscy mieszkańcy "inwalidówek" wrócili po powodzi do swoich mieszkań przy wale.

Tam w mieście i tu u nas

- Na plac 1 Maja jadę autobusem tylko 10 minut, ale zmiana taka, jakbym pół Polski przemierzyła. Tu na Kozanowie lżej się oddycha, tam w mieście skwar i zaduch - mówi Marzena. Marzena ma 34 lata. Na Kozanowie zamieszkała przed maturą, gdy jej rodzice dostali mieszkanie w bloku przy Dzielnej.

- Pięknie tu było. Nad Odrą bażanty i króliki. Po stawku pływały łyski. Osiedle się rozrosło, ale ciągle bardzo je lubię - opowiada. Po ślubie wyprowadziła się "do miasta". - Ale jak tylko trafiła się okazja, to kupiliśmy małe mieszkanie przy Dokerskiej. Potem urodziła się Natalka. Zrobiło się za ciasno i w rok po powodzi przenieśliśmy się na Kozanowską - ciągnie. - Nie, nie myślałam wtedy, żeby stąd uciec. Choć to skandal, że cztery lata od powodzi minęły, a między Odrą a wałem nadal są te dzikie działki: siatki, płoty, altany. To wszystko hamuje przepływ wody, gdy rzeka wylewa - denerwuje się Marzena.

Anna, 28-letnia ekonomistka, nie jest dzieckiem bloków. Jej rodzice mają domek z ogródkiem. Mówi: - W takim domu wiecznie jest coś do zrobienia, jak nie na dachu, to w piwnicy, jak nie w środku, to w ogrodzie. Ja, przynajmniej na początek, wolałam mieszkanie w bloku, bo jest łatwiejsze do opanowania, nieabsorbujące. Chciałam, żebyśmy mieli z mężem czas dla siebie. Na Kozanowie mieszkamy trzy lata. Niedawno urodziłam. Teraz już trochę inaczej myślę o domku z ogródkiem, ale przez najbliższe lata na pewno się stąd nie wyprowadzę. Wszystko jest blisko: przedszkole, szkoła, apteka, sklepy, bank. Żeby tak jeszcze ten most na Osobowice wybudowali. Bo ja pracuję na Żmigrodzkiej i przez całe miasto muszę się przebijać - wzdycha.

- Nawet gdybym chciała się wyprowadzić, to odkąd nam Internet założyli, męża stąd nie ruszę - żartuje pani Maria, nauczycielka. - Mieszka się tu wygodnie. Mogę w kapciach na dół zjechać i wszystko załatwić. Na spacer jest gdzie pójść - wylicza zalety osiedla.

- Tylko ten parking - pochmurnieje. - Niech pani do mnie wejdzie, to pani sama zrozumie - zaprasza. Wjeżdżamy na piąte piętro. - Widzi pani, tam piękna ściana parku, a pod samym oknem ten koszmar na 500 samochodów. To ma być parking? Odrutowane klepisko! I jeszcze ta dekoracyjna wygódka i barak dla stróża. W samym środku osiedla - narzeka. - Tu powinni zrobić miasteczko rowerowe dla dzieci. A parking, ale porządny, gdzieś na obrzeżach - denerwuje się.

- Ludzie chwalą sobie Kozanów? - pięćdziesięcioletni inżynier kręci głową z niedowierzaniem. - Z kuchni to mam nawet ładny widok na kępę drzew przy stawku, ale w pokoju zasłony zaciągam. Po horyzont tylko betonowe kręgi bloków. Jak kręgi piekieł. Teraz jeszcze dali nam po oczach kolorami. Co za artysta wymyślił te nowe elewacje? Na szczęście ja za rok się stąd wyprowadzam - wyznaje. Dokąd? Do domku pod Wrocławiem.

Żyj kolorowo

Wchodzę między "kręgi piekieł". Krąg ostatni: placyk zamknięty czteropiętrowymi blokami Gołężyckiej. Trawniki przystrzyżone.

Żadnych walających się śmieci. Z parterowych mieszkań zejścia do wypielęgnowanych miniogródków. Piękny modrzew sięga dachu. Z ławeczki przy placu zabaw reszty osiedla nie widać.

- Za to nawet z kosmosu widać te nowe elewacje - rzuca z przekąsem Krystyna, nadzorująca zabawę córki w piaskownicy. - Na kogo wypadnie, na tego bęc. Ciekawe, czy nas urządzą na wściekły róż czy zrobią na fioletowo? - zastanawia się. Bloku przy Gołężyckiej jeszcze nie odnowiono. Pokrywają go liszaje łuszczącej się burej farby. - Ja chciałabym w domu odpoczywać, a te nowe kolory aż biją po oczach. Czemu nikt z nami nie skonsultował projektu? - skarży się.

- A mnie się podoba. Tak jest weselej. Ludzie narzekają, bo u nas kolor musi być brudny. Wielka płyta i bura farba to peerelowska estetyka - broni żarliwie nowych elewacji nauczycielka z Kolistej. Michał właśnie zdał na studia, waha się: kicz to czy odważne operowanie czystym kolorem?

- Kicz - krzywi się właścicielka apteki Berberys. Z okna położonej w przyziemiu apteki widać tylko mur. Na razie burobrązowy. Jaki będzie miał kolor, pani Halina nawet się nie zastanawia. - Przez ten mur tu jest jak w studni. Zakamarek dla narkomanów. Na wielkim osiedlu nie powinno być takich miejsc, bo to niebezpieczne - mówi. Pani Krystyna, pracownica apteki, potakuje. - Tak samo te przejścia przez bloki na drugą stronę. Nigdy z nich nie korzystam. Wolę chodzić naokoło. Okropnie tam cuchnie, no i zwyczajnie się boję - wyznaje. Czy narkomani odwiedzają aptekę? Pani Krystyna potwierdza: - Po niektórych nic nie poznać: grzeczni, zadbani. Ja po zestawie ich poznaję. Proszą zawsze o to samo: strzykawkę insulinówkę, igły 0,45 i wodę w ampułkach. Bywa, że dziennie mam i dziesięciu takich klientów.

Co przyniosły bloki

Na uliczkach przy parku klockowate wille z lat siedemdziesiątych przeplatają się z poniemieckimi domkami. W takim domku na Trzebowiańskiej mieszka od 1946 roku Teresa Durka. Zaprasza na werandę. Częstuje kawą.

- Moi rodzice przyjechali tu ze Lwowa. Miałam wtedy półtora roku. W tym domu się wychowałam, tu dorosły moje trzy córki.

Średnia Barbara i najmłodsza Ewa ze mną mieszkają. Jak tu było przed osiedlem? Całkiem inaczej. Na Kozanowskiej pola i obejścia gospodarskie jak na wsi. Chłopcy wieszali głośniki na drzewach i na łące urządzaliśmy zabawy. Kino objazdowe przyjeżdżało do świetlicy - wspomina.

- Ja pamiętam kino na Pilczycach - wtrąca pani Barbara. - A teraz to już nie ma żadnego, bo Studio na Popowicach zamknęli.

Szkoda. Tam dobre filmy dawali. Nie taką komercję jak w Mozaice - dorzuca dziewiętnastoletnia Ewa.

- Spokojnie i bezpiecznie tu było. Barbara kiedyś roweru nad Odrą zapomniała, to trzy dni tam leżał i nikt go nie ukradł. Mieszkań ludzie nawet nie zamykali - opowiada pani Teresa. - I gdzie się weszło, to się z kromką chleba wychodziło - mówi pani Barbara.

Barbara pracuje w szkole na Popowicach. Do pracy jeździ na rowerze. Kilka minut przez park. Nawet nie myśli, aby się gdzieś wyprowadzać z rodzinnego domu.

- Zawsze mi się tu podobało. A wie pani, jak nas traktowali, zanim osiedle powstało? - pyta i opowiada: - W IV klasie podstawówki byłam, gdy starą szkołę na Kozanowie zlikwidowali, a nas przenieśli na Popowice. Na Popowicach, wiadomo, większość ludzi ze wsi pochodziła, ale dzieci uważały się za strasznie miastowe. Nas od kozanowskich świń wyzywali. Ja za miastem nie tęskniłam. Zawsze mówiłam, że do centrum się nie będę przeprowadzać, bo centrum przyjdzie na Kozanów. I przyszło. Teraz wieczorem strach z domu wyjść. Kiedyś jak znajomych wieczorem na przystanek odprowadzałam, to na nas napadli. Znajomego ciężko pobili - dodaje.

Czy z miastem tylko złe przyszło na Kozanów?

- No nie. Wszystko teraz jest na miejscu: sklepy, apteki, pralnia, banki, telewizja kablowa - wylicza Barbara.

Oni walczą, one trenują

- Kryty basen by się tu przydał. W lecie jest Wejherowska, a w zimie nic - mówi pani Barbara. Ewa potakuje, ale dorzuca: - Za to hala jest super. Chodziłam na siłownię, saunę i aerobik. Można siedzieć, ile się chce. Wszędzie gra muzyka. Nawet w ubikacji - śmieje się Ewa.

Hala to Centrum Sportu i Rekreacji przy Kozanowskiej. Powstało dwa lata temu. Na siłowni ćwiczy Ania. Do hali na Kozanowie przyszła po raz pierwszy. Mieszka kilka ulic dalej. - Ładne i czyste zaplecze. Dużo sprzętu dla kobiet - chwali Ania. - Sprzęt jest raczej do fitness, nie dla sterydowców. Nastawiliśmy się na kobiety i biznesmenów - wyjaśnia Robert Stępień, kierownik marketingu. - Mamy też saunę z koloroterapią, korty do tenisa, squasha i badmintona. W lecie bierzemy od dzieci tylko złotówkę za godzinę gry w badmintona - zachęca. Ale korty do badmintona są puste.

Pełno jest natomiast w internetowej kawiarence Aga przy Kolistej.

- Zaczekaj. Wchodzę na drabinkę - wykrzykuje rozparty w fotelu nastolatek. - Zabiłem go. Możesz teraz wejść. No właź, tu nie ma już nikogo - popędza kolegę wpatrzonego w ekran sąsiedniego komputera. - Piotrek, gdzie cię zabili? - dobiega z innego kąta. - Tam, gdzie teraz idziesz. Uważaj, jeden jest schowany za siatką - ostrzega Piotrek. - Czy tylko ja żyję? - rozlega się dramatyczne pytanie. - Nie, ale jest słabo - pada w odpowiedzi.

Na jedenastu ekranach gry wojenne. Tylko 25-letni Marcin jest na czacie, ale pogawędka, którą prowadzi, ma charakter "raczej poufny", więc się wycofuję.

- Wszedłem kiedyś na czat. Zaczęło się od rozmowy, a skończyło na bluzgach. To ja już sobie wolę jakąś fajną gierkę zapuścić - tłumaczy 17-letni Łukasz Maćkowiak. Do kawiarenki przychodzi codziennie. Siedzi nawet pięć godzin.

Na sali nie ma ani jednej dziewczyny. - Też przychodzą, ale rzadziej. Bo z dziewczynami to jest tak, że one wolą zajęcia sportowe: basen, aerobik, siłownię - tłumaczy stojący za kontuarem Marcin Wojciechowski.

Kawy w kawiarence się nie napiję. Są tylko zimne napoje: kola, fanta, sprite. - Nastawiliśmy się na młodzież, oni kawy nie piją - wyjaśnia Marcin. Czy starsi nie przychodzą w ogóle? - Wpadają czasem. Sprawdzają pocztę, notowania giełdowe, coś sobie ściągają z Internetu, bo u nas jest bardzo szybki transfer danych - zachwala.

- Trochę tu ponuro - rzucam półgłosem, patrząc na szaroburą podłogę, rury pod sufitem, graffiti w tonacji czarno-czerwonej i jatki na ekranach. - Ponuro?! Tak właśnie ma być! - zostaję skarcona przez oburzonego gracza. - A graffiti klienci sami nam wymalowali - dorzuca Marcin Wojciechowski.

Bez bydlątek żyć nie umiem

Idę wałem. Po lewej pole słoneczników, po prawej wielkie dęby. Na ścieżkę wychodzi siwiejący czarny kundel. To jeden z trzech psów pani Zofii Gąsiorowskiej. Przecież nie odjadę z Kozanowa bez wizyty u niej.

Do Wrocławia przyjechała z Sokolnik, "wsi cztery kilometry od Lwowa, co miała 900 numerów". Dziś pani Zofia ma 76 lat i mówi, że do wszystkiego umie się przyzwyczaić. Nawet do mieszkania na czwartym piętrze w bloku przy Kozanowskiej, gdzie wprowadziła się w połowie lat osiemdziesiątych, gdy wyburzono jej dom przy Pałuckiej. Tylko odzwyczajanie się z wielkim trudem jej przychodzi. Mimo przeprowadzki do bloku gospodaruje nadal na 77 arach za wałem. Pod daszkiem suszy się siano. Żółta suka na łańcuchu ujada. W obórce ryczy byk. Po podwórku kręcą się kury. Pani Zofia wita mnie serdecznie.

Sobota 12 lipca 1997 roku. Woda wdarła się do obórki. Siano odpłynęło. Dwie krowy biegają po suchym jeszcze parku. Przestraszony byk ryczy uwiązany do dębu. - Co to będzie? - załamuje ręce pani Zofia.

Inwentarz przetrwał powódź. Krowy i byka przyjęli wtedy do siebie policjanci z Połbina. Teren jednostki przez całą powódź był suchą wyspą. Trawa rosła tam bujna, a gdy woda uwięziła panią Zofię w jej mieszkaniu na czwartym piętrze, to policjanci sami doili krowy.

- Już krówki nie te i byczek też inny. Ma 11 miesięcy. Przed zimą go sprzedam - wyjaśnia pani Zofia. - A krówki obie zacielone. Na wiosnę będą miały młode - cieszy się.

- Mleko już mało kto kupuje. Trzy, cztery osoby zostały. Ludzie teraz chorób się boją. Ale jajeczka zawsze sprzedam i są pieniądze, żeby traktor zamówić. Patrzeć bym nie mogła, gdyby ziemia nieobrobiona stała. Mam fasolę, bób, trochę kukurydzy. Ziemniaki też, ale marne, bo bardzo w tym roku mokro - martwi się.

- Coś pani pokażę - podrywa się z ławki z iskierkami w oczach. Prowadzi mnie do jednej z klatek: - To małe bażanciki. Mają cztery tygodnie. Moja kura je wysiedziała z jajek, które znajomi mi dali - tłumaczy. - Po co mi to wszystko? Stara jestem i już sobie nie radzę. Ale jak tu żyć bez bydlątek?

Wracam między bloki. Na Kolistej w klasy grają Paulina i Dominika. - Nie, nie jesteśmy stąd. Obie mieszkamy na Nowym Dworze. Tu mamy babcie - wyjaśnia Paulina. A gdzie jest ładniej? Długo się zastanawiają. - No, na Kozanowie jest lepiej. Tu się fajniej jeździ na rowerze - rozstrzyga Dominika.

>> Dodaj komentarz na forum <<